Do Korzeni
Drzewiej

Dwa dawne sposoby na czyste i lśniące włosy do zastosowania nawet w lesie

Gdyby tytuł tego wpisu miał być hasłem reklamowym marki kosmetyków, powinien brzmieć: „Popiół i deszcz. W trosce o Twoje włosy od co najmniej renesansu*” – tyle, że tego nikt nie jest w stanie dokładnie sprawdzić. Możemy jednak zajrzeć w lata 40-te minionego wieku, bo mniej więcej dotąd sięga pamięć mojej babci. A potem do książek do chemii, by zrozumieć, czemu te sposoby wciąż mają sens.

Kilka lat temu, w czasie, gdy już kusił mnie temat naturalnej pielęgnacji i detoksu od toksycznych kosmetyków, odwiedziła mnie znajoma. Nazajutrz rano, gdy przyszło do mycia włosów, ogarnęła nas obie czarna rozpacz. Ją dlatego, że nie zastała u mnie żadnej odżywki; mnie – bo nigdy wcześniej nie widziałam człowieka przekonanego, że jeden dzień bez sklepowej odżywki oznacza nieodwracalne szkody na jego wizerunku.

Czym współczesny człowiek umyłby głowę, gdyby eksplodowały wszystkie drogerie świata?

Hmm, gdyby nie był na tyle zindoktrynowany przez speców od marketingu, by wierzyć jedynie w moc preparatów z plastiku – umyłby ją pewnie tym samym, co miłośnicy bushcraftu lub niegdyś nasze babcie.

Ilekroć widuję się z moją, przypuszczam atak na jej doświadczenia z czasów, gdy trzeba było sobie radzić przy pomocy tego, co dawała natura, nie hipermarket za rogiem. A, że włosy mojej babci obrosły w naszej rodzinie swoistym kultem, bo na zdjęciach jej warkocze są grubości ręki każdy i sięgają do pasa, zawsze pałałam żądzą dowiedzenia się, jak udało się jej utrzymać tak imponujące włosy mimo braku szamponów.

Dziś jest dla mnie jasne, że wyhodowała je nie mimo ich braku, a dzięki niemu.

O tym, jakie piekło naszym włosom i skórze (żeby tylko…) w dłuższej perspektywie fundują toksyczne wypełniacze i konserwanty szamponów drogeryjnych, smęcić tu nie będę. Prawdę o tym obnażono już dawno i to, czy chcemy być w tej kwestii ignorantami czy nie, to już tylko kwestia naszej dociekliwości. Moja dociekliwość pociągnęła mnie ostatnio znów w tę drugą stronę – do korzeni, a właściwie jakieś 70 lat wstecz – do czasów, gdy jako hoża nastolatka moja babcia wypasała na łące swoje krowy.

Ciekawe jest, że wspominki babci, choć okraszane niejednym westchnieniem, zazwyczaj prowadzą do konkluzji zaczynającej się od „ale”. Na przykład: „Nikt nie myślał nawet o codziennym myciu głowy, nie było potrzeby ani czasu. Sami robiliśmy sobie „szampon”. ALE wszystkieśmy miały gęste, lśniące włosy, a warkocze to miałam – o! – takie grube!”.

Tych dawnych sposobów na piękne włosy znalazłoby się parę, ale dziś napiszę o dwóch najprostszych, niegdyś najpowszechniejszych i całkowicie darmowych. A o ile nasi przodkowie używali ich raczej intuicyjnie i na bazie obsewacji ich działania, dziś wiemy dokładnie, dlaczego ichnie patenty były zarazem skuteczne i genialne w swojej prostocie. A do tego – co przecież najważniejsze – zupełnie naturalne i eko.

Wiadro, w którym powstaje ług z popiołu drzewnego.

Ług – szampon naszych babć

Ubóstwiam stare czasy za to, że nie marnowało się w nich nic. Dziś idea #zerowaste jest wielkim wyczynem; wówczas była koniecznością. Nawet coś pozornie tak bezużytecznego, jak popiół, otrzymywało swoje drugie, ważne życie: ług.

Ług pozyskiwano na gorąco, lub, częściej – na chłodno – bo wówczas można było oddalić się do innych obowiązków, a środek myjący robił się sam. Aby go sporządzić w taki sposób, wystarczał popiół drzewny, woda i… czas (trochę, jak w przypadku zakwasu, o którym pisałam ostatnio. Co my wiemy o „slow life…”? Herosami w tej dziedzinie byli nasi dziadkowie!). Wspomniany popiół zawiera związki zasadowe, które były wypłukiwane wodą, co dawało właśnie ług.

Substancja ta wykorzystywana była do prania oraz mycia ciała i włosów, a przygotowanie jej, choć proste, również wymagało doświadczenia. Nasypanie popiołu drzewnego do wiadra, zalanie go wodą, odstawienie na 3 dni, a później zlanie klarownego płynu z powierzchni wężykiem nie było skomplikowanym procesem;

jednak brak wiedzy, w jakich proporcjach należy go następnie rozcieńczyć do poszczególnych celów, mógł skończyć się dość tragicznie: ług jest żrący.

Tak, odstana woda po popiele drzewnym to silna zasada – wodorotlenek potasu. Ten sam, który może wywołać poważne oparzenia skóry i którego używa się do rozkładania ludzkiego ciała w procesie resomacji. Kiedy to sobie uzmysłowimy, tym bardziej uderza wiedza naszych przodków w materii obchodzenia się z nie zawsze do końca im poznanymi związkami chemicznymi.

Radzono więc sobie na przykład i w inny, prostszy sposób, do przetestowania i dziś. Oczyszczony z niechcianych śmieci, rozdrobniony popiół drzewny mieszano z wodą do konsystencji budyniu, i taką papkę wcierano w skórę głowy i włosy: był to naturalny peeling i silnie oczyszczający szampon w jednym.

Niezależnie od tego, w jaki sposób robiono użytek z popiołu, pamiętano o jednym: po spłukaniu włosów trzeba było dla równowagi potraktować je płukanką z zakwaszonej wody (np. octem jabłkowym) lub z naszego kolejnego hitu, czyli… deszczówki. Tu już podśmiechiwania się kończą – deszczówka niezmiennie pozostaje kosmetykiem nie do pobicia.

Deszczówka - ponadczasowy sposób na lśniące włosy.

Manna z nieba dla włosów

Deszczówkę babcia zbiera nabożnie do dziś, uważając za marnotrawstwo niewykorzystanie jej tam, gdzie może (a wręcz powinna) być użyta. Kiedyś wydawało mi się to lekką przesadą i smutnym pokłosiem ciężkich czasów, w jakich przyszło jej żyć. Dziś już wiem, że znów jest 1:0 dla babci, a jej działania mają głębokie uzasadnienie.

Deszczówka jest tzw. miękką wodą w najczystszej postaci. Słowo „najczystsza” w przypadku wody deszczowej z miast może nie jest dziś do końca trafione – w końcu po drodze zbiera pyły przemysłowe i sadzę – wciąż jednak pozostaje czymś absolutnie niedocenianym mimo właściwości i tego, że niemal każdy o jej działaniu na włosy coś słyszał.

Twarda i miękka woda – w czym tkwi różnica dla włosów?

Twarda woda płynaca w rurach wodociągowych naszych domów zawiera sporo minerałów i w związku z tym jest dość problematyczna. Składniki środków myjących (np. sód, potas) wchodzą w reakcję z wapniem i magnezem zawartym w takiej wodzie i paradoksalnie, mycie zaczyna przysparzać więcej kłopotów, niż pożytku: szampony i mydła nie rozpuszczają się w niej do końca, nie tworzy się więc piana, powstaje za to osad. Gdzie? Nie, nie tylko w zarastających kamieniem rurach. Osad ten pozostaje na skórze i włosach, zatykając pory i mieszki włosowe. Skóra i włosy stają się przesuszone, podrażnione, matowe – stąd już otwarta droga do wyprysków, podrażnień i zwiększonego wypadania włosów.

Deszczówka jest dobra dla włosów, ponieważ dużo lepiej rozpuszcza środek myjący, a potem go z nich wypłukuje; pH wody deszczowej rzadko kiedy przekracza 6 (chyba, że zbierzesz kwaśny deszcz 😛 ), co jest nieopisanie bardziej korzystne dla stanu skóry i włosów, niż 7,5 (uśrednione pH wody wodociągowej w Polsce. Jeśli ktoś posiada dokładniejsze dane w tym temacie, będę wdzięczna).

Kosmetyczny minimalizm – do zastosowania wszędzie

W myśl zasady, że nie należy mnożyć bytów ponad potrzebę (i w świetle skuteczności babcinych sposobów) można by śmiało zmieść większość preparatów do włosów z łazienkowej szafki do kosza. Nasze babcie naprawdę nie miały wielu alternatyw szamponu (co innego maseczki czy płukanki – z rumianku, pokrzywy, kory dębu, nafty, piwa itp.), a ich lśniące włosy zachwycały. Wnioski? Da się. Można przeżyć z czystymi i miękkimi włosami na campingu pod lasem mając do dyspozycji tylko popiół z ogniska i wodę z drzew. Z kolei wystawianie miski do ogrodu na wsi, by zebrać majowy deszcz, nie jest tylko romantycznym i bezsensowym zwyczajem zwiewnych rusałek sprzed wielu epok, ale mądrym zabiegiem pielęgnacyjnym. Pewnie pływa w takiej deszczówce trochę pyłków roślin i mikroorganizmów, ale dla mnie wciąż brzmią one lepiej, niż chlor, amoniak i podchloryn sodu.

***

Garść porad do zabrania ze sobą:

– Odpuść sobie deszczówkę w mieście. W miarę możliwości zbieraj ją tylko tam, gdzie w promieniu przynajmniej kilkunastu kilometrów jest zielono, bezludnie, nie unosi się smog i nie widać cywilizacji. Idealnie: na wsi lub pod lasem.

– Jeśli skóra Twojej głowy jest bardzo mocno podrażniona, płucz w deszczówce jedynie włosy. W ten sposób zminimalizujesz ryzyko, że jakiś zabłąkany mikrob rozgości się w naruszonej tkance.

– To chyba oczywistość, ale dla zasady: do mycia głowy nadaje się wyłącznie popiół drzewny, pozbawiony jakichkolwiek domieszek innych spalonych materiałów, ostrych kawałków drutu, żwiru itp. Może być to popiół z ogniska lub kominka, pod warunkiem, że wraz z nim nie spaliło się nic innego. 

 

źródła: Babunia! Oraz:

https://www.sng.com.pl/Portals/2/dok/Raporty%20i%20komunikaty/raport_brita_2010.pdf
*http://historythings.com/people-use-shampoo/

***

To też może Cię zainteresować:

  • Elżbieta
    14 lutego 2018 at 16:42

    Hej 🙂 fajny wpis a ja jeszcze dodam, że gotowano jeszcze łopian, pokrzywę, korę dębu i w tej wodzie też myto włosy:)

  • Bianca
    16 lutego 2018 at 12:55

    wszystko co naturalne – jest najpiękniejsze 🙂

    • Ailsa
      24 lutego 2018 at 10:47

      Pełna zgoda! Do tego chciałabym tu zażarcie namawiać. 🙂