Do Korzeni
Korzenni Ludzie

Utkana z kontrastów. Wywiad z Magdą Drakoną Błażejowską

Na tę rozmowę zacierałam ręce z uciechy od dawna. Niewiele znam tak barwnych, wszechstronnie utalentowanych i niepokornych kobiet. „Kobieta renesansu” sama ciśnie się na usta, ale, po pierwsze, takowe nie szalały jednak na motorach, a żyć na własnych zasadach mogły dopóty, dopóki pasowało to jakiemuś mężczyźnie. Po drugie – renesans od epoki wikingów dzielą wieki, a to w duchu tych ostatnich żyje ta nieszablonowa tkaczka, z którą rozmawiam m.in. o rekonstrukcjach historycznych, nomadycznym życiu bez wygód, miłości do motorów i samowystarczalności w bliskości natury.

do korzeni.: Swoją osobowość mogłabyś bez trudu rozdzielić między kilka innych osób. Jesteś pedagogiem, bohemistą, charakteryzatorem teatralno-filmowym, perukarzem, wizażystką, plastykiem, tkaczką, rekonstruktorką wikińskich tkanin i zapaloną motocyklistką. Które z tych zamiłowań jest największe?

Magda Drakona Błażejowska: Łatwiej byłoby mi powiedzieć, które jest najmniejsze, i z tych wymienionych wybrałabym pedagogikę. To coś, co wynikło w sumie przypadkowo, aczkolwiek z perspektywy czasu patrzę na to jako na pomocną rzecz w pracy z ludźmi. Często prowadzę warsztaty dla dzieci i dorosłych, opowiadam o swojej wikińskiej pasji. Pedagogika dała mi umiejętność pracy z ludźmi, właściwego podejścia do tematu. Niejednokrotnie spotykam artystów, którzy – choć robią piękne rzeczy – nie znajdują języka ze „zwykłymi” odbiorcami.

Magda i jej kram na imprezie historycznej. Fot.: Rekografia

 

Te moje największe zamiłowania wywodzą się z dzieciństwa. Od dziecka uwielbiałam wszelkie prace artystyczne. Mając kilka lat, na rodzinnych obiadach u babci uwielbiałam nawlekać na nitkę guziki, robiąc z nich naszyjniki. Mama darła dla mnie stare prześcieradła, na których haftowałam muliną postaci z bajek. Do tej pory jeden z takich haftów wisi u mnie w ramce w pracowni: różowa księżniczka na latającym dywanie. Od szkoły podstawowej powtarzałam też w domu, że kupię sobie motor.

Kolega miał MZ-tę. Jeździłam do niego rowerem, po czym on przejmował rower, a ja polnymi drogami zasuwałam motorem. To było w ósmej klasie.

Miłość do motoryzacji odziedziczyłam w genach, to po dziadku i ojcu mam benzynę we krwi.

Rekonstrukcja historyczna przyszła z czasem i była połączeniem dziecięcej miłości do haftowania i fascynacji tkactwem, z którym zetknęłam się pierwszy raz w 2002 roku. Zawsze pociągały mnie różne formy artystyczne: trochę malowałam, rzeźbiłam, rysowałam. To, co było nowe, i czego można było spróbować – to było coś, co mnie bardzo nęciło. Nigdy nie skończyłam jednak żadnej szkoły tkackiej czy krawieckiej. W tej dziedzinie jestem stuprocentowym samoukiem. W szkole charakteryzacji teatralno-filmowej (to też było coś nowego, kuszącego, artystycznego) nabyłam umiejętności perukarskie i takie, dzięki którym mogłam zmieniać wizerunek ludzi. Sztuczne nosy, rany, lateksowe potwory – to było cudowne; praca dająca umiejętność kreowania ludzi, uwidaczniania cech, kreacji jako takiej w ogóle. Praca w Teatrze Dramatycznym im. Szaniawskiego w Wałbrzychu była więc artystycznym wyzwaniem, ale dla mojej wolnej duszy to jednak nie było to.

Byłam ptakiem, ale nie do końca wolnym – taki pięknie śpiewający słowik, wypuszczany z klatki, ale jednak co dzień w niej zamykany. Rozwijałam skrzydła, ale pod okiem i wizją scenarzystów, reżyserów i aktorów.
Miałam jednak w życiu to szczęście, że dzięki mojej mamie mogłam rozwijać się pod każdym względem. Nigdy nie ograniczała moich pasji, nie krytykowała mnie. Dzięki temu, powoli rozwijając się w wielu dziedzinach, mogłam dojść do decyzji ostatecznych, tzn. tego, kim chcę być w życiu i co chcę robić. Gdy zrobiłam prawo jazdy na motocykl, jeszcze rozglądałam się za motorem, ale w pokoju już leżał zakupiony przez mamę pokrowiec na niego.

I tak też stałam się rekonstruktorem – motocyklistą, osobą pewną tego, co chce robić w życiu – czyli to, co najbardziej kocham. Te dwa zamiłowania są dla mnie największe.

Magda w pełnym, wikińskim rynsztunku. Fot.: Kama Wojda

 

d.k.: Piękna, wytatuowana motocyklistka przebierająca palcami przy krosnach to trochę niecodzienne zestawienie w XXI wieku. Zastanawiam się, o czym współczesna tkaczka może myśleć podczas godzin pracy przy krosnach?

M.B.: Może i jest to niecodzienne połączenie wywołujące uśmiech na twarzy – są to w końcu jakieś skrajności. Motocykle kojarzą się z szaleństwem, pędem, prędkością; tkanie jest natomiast statyczne, wyciszające. I to chyba mnie w nim najbardziej ujęło. Podczas tkania skupiam się na czymś innym. Myślę o schemacie, wzorze, który tworzę, liczę. Bo tkanie jest bardzo matematyczne – liczby nici, oczek, obrotów, powtórzeń. Mnie matematyka zawsze fascynowała, choć nie do końca jestem umysłem ścisłym. Jako dziecko byłam leworęczna, zostałam przestawiona – może dlatego pracują u mnie podobnie obie półkule mózgowe? W każdym razie, w tkaniu odnalazłam matematykę, jej klarowność, jasność. Jeśli pomylisz się o jedno oczko, jeśli zrobisz jeden obrót tabliczkami (to taka technika tkacka) w złą stronę, jeśli nawleczesz źle jedną nitkę w nicielnicę – wzór będzie miał błąd. Jeśli źle obliczysz ilość nici – wzór wyjdzie za wąski. Matematyka!

Magda w swoim żywiole. Fot.: Łukasz Głowacki

 

Tkanie mnie relaksuje, odpręża – to z jednej strony – a z drugiej ćwiczy koncentrację i pamięć. Druga strona medalu jest taka, że jeśli robi się coś zawodowo, tak jak ja, trzeba liczyć się z bólami kręgosłupa czy osłabieniem wzroku. Po latach pracy mam problem z nadgarstkami, które ta praca przeciąża. Mam torbiel do operacji. W krytycznych dniach nie jestem w stanie podnieść kubka z kawą, ale to nie tylko moja przypadłość. Rozmawiam z wieloma rzemieślnikami i artystami. Prawie każdy z nich boryka się z jakąś chorobą zawodową.

Zresztą, lepiej mieć chorobę zawodową robiąc to, co się kocha, niż też ją mieć, ale wykonując nielubiany zawód.

Zarówno jazda motocyklem, jak i tkanie pozwalają mi zresetować umysł. Wsiadając na motocykl kasuję wszelkie złe emocje, skupiam się tylko i wyłącznie na jeździe. To takie moje dwa resety emocjonalne – jeden statyczny, a drugi aktywny.

d.k.: Od czego właściwie zaczęła się Twoja pasja? Czy od początku interesowało Cię tkactwo tylko z jednego okresu historycznego, czy zawęziłaś swoją specjalizację później?

M.B.: Moja przygoda z rekonstrukcją zaczęła się w roku 2002, gdy odbywałam praktyki charakteryzatorskie w Operze Dolnośląskiej we Wrocławiu. Charakteryzowaliśmy tam bractwa rycerskie do opery G. Verdiego „Trubadur”. Pełno sztucznej krwi, ran szarpanych etc. Tam właśnie poznałam ludzi odtwarzających historię. Później pojechałam na kilka turniejów rycerskich. Ja, jak to ja – szybko znudziłam się nicnierobieniem i zaczęłam sobie szukać jakiegoś zajęcia. Tak wpadł pomysł wykonywania historycznych haftów, a chwilę potem obiło mi się o uszy tkanie. W tamtych czasach nie było informacji w Internecie, rekonstrukcja dopiero się rozwijała.

W większości był to etap mieczy z resorów od syreny, futra norek na glanach i tarczy ze znaków drogowych.

Magda na Festiwalu Słowian i Wikingów na Wolinie. Fot.: Foto © K&W Szlósarczyk

 

W końcu zdobyłam gdzieś informację o wykopalisku z Oseberg. Był tam zestaw tabliczek tkackich, i tak oto powstało moje pierwsze prowizoryczne narzędzie do tkania. Imprezy rycerskie poszły w zapomnienie, gdy odkryłam świat wczesnego średniowiecza, „paskudnych” wikingów, ognisk i dzikich śpiewów w lasach. Nigdy nie szyłam ubiorów późnośredniowiecznych, bo nie kręciły mnie „księżniczki” w atłasach. Odnalazłam w sobie dziką pogankę okadzającą się dymem z ogniska.

Zatem moja specjalizacja się nie zawęziła – bo od zawsze szyłam i tkałam ubiory „wczesne”. Wszystko się cały czas poszerza – co raz to czytam o kolejnych wykopaliskach ubiorów, które to rzucają nowe światło na rekonstrukcje ubrań. Jeśli chodzi o tkactwo, to skupiam się głównie również na wczesnym średniowieczu, choć realizuję też zamówienia „późne”. Cały czas rozwijam mój warsztat. Jestem propagatorką nurtu tzw. modern weaving – co oznacza, że w swoim tkactwie wykorzystuję współczesne materiały. Rok temu tkałam np. 3-metrową dekorację, w której użyłam ziół polskich łąk. W drugiej użyłam gałęzie brzozy. W trzecią – nawiązanie do szamanizmu – wplatałam surowe runo owiec długowłosych i krucze pióra.

Magda w swoim namiocie, który na kilka miesięcy zamienia się w jej dom. Fot.: Łukasz Głowacki

 

d.k.: Ile lat zajęło Ci doprowadzenie swojego warsztatu tkackiego do takiej perfekcji?

M.B.: Uczę się cały czas. Eksperymentuję z materiałami, łączeniem technik, opracowuję nowe wzory. Moja nauka trwa już 16 lat i ciągle odnajduję w tkactwie coś nowego, nowe drogi ekspresji. Cały czas kocham to ponad życie. Nie uważam się za perfekcjonistkę, choć wszystko robię jak najdokładniej. Zamówienia wykonuję z jak największą precyzją. W swoich pracach indywidualnych i wolnych zawsze jednak po czasie odnajdę coś, co może zrobiłabym już inaczej. Ale to chyba dobrze – to oznaka, że cały czas się rozwijam. A pojęcie rozwoju nie ma końca – można to robić w nieskończoność.

d.k.: Tkaniny, ubrania czy krajki, które wychodzą spod Twoich palców, znajdują nabywców na całym świecie. Nic dziwnego – Twój kunszt przyprawia o zawrót głowy. Czy konkurencja na tym rynku jest duża?

M.B.: Rekonstrukcja historyczna jest jednak cały czas niszowym rynkiem. Na imprezy historyczne jeżdżę od wielu lat, i w sumie każdy tam każdego z grubsza zna. Mam sporo „historycznych” koleżanek. Jedne tkają, inne szyją – ale nie traktuję ich jak konkurencji.

Kolegujemy się i razem staramy przywrócić świetność powoli zapominanych zawodów.

Wiadomo, każda z nas ma swoje ulubione techniki, swoje, sobie tylko znane, tajemnice tkackie. Ja też mam pełno swoich. Ale nie odnajduję wśród tych osób zawiści, niechęci, podstawiania nóg. Szanujemy siebie, i to jest w tym wszystkim najważniejsze. Poza tym, taka „konkurencja” zawsze pcha człowieka do przodu, by być jeszcze lepszym.

Zadowoleni rekonstruktorzy historyczni. Fot.: do korzeni

 

d.k.: Skąd najczęściej spływają zamówienia na Twoje wyroby?

M.B.: W sumie z całego świata. Wysyłałam nawet rzeczy do Kanady czy Australii.

d.k.: Zdradzisz, czy z wyrobu „historycznych” tkanin i ubrań możesz się już utrzymać?

M.B.: Rekonstrukcja historyczna początkowo była tylko moja pasją. Gdy byłam na studiach, pracowałam w teatrze i szkole (zapomniałam wspomnieć, że byłam też przez rok nauczycielem plastyki – ale to nie była dla mnie praca!). Zajmuję się tym od 16 lat – i tak, na chwilę obecną utrzymuję się z rekonstrukcji. Ale jeśli ktoś myśli, że to łatwy chleb, jest w błędzie. To są godziny pracy, ślęczenia przy krosnach, maszynie do szycia. Od robienia wykrojów bolą plecy, oczy, ręce.

Ja się zaparłam. Powiedziałam sobie, że będę w życiu robiła to, co kocham.

I walczyłam o to. Jeździłam na imprezy, poznawałam organizatorów i ludzi. I naprawdę – bardzo, ale to bardzo ciężko pracowałam. Miesięcznie za kółkiem robiłam po 10 tys. km – od imprezy do imprezy. Wracałam do domu i siadałam do pracy. A przecież nigdy nie kończyłam żadnej szkoły tkackiej czy krawieckiej – wszystkiego nauczyłam się sama. Swój zawód i możliwość utrzymania się z niego zawdzięczam swojej wytrwałości, zadziorności, mocnemu charakterowi, by się nie poddawać, tylko brnąć do przodu.

d.k.: Z początkiem maja rozpoczyna się dla Ciebie sezon na festiwale i imprezy historyczne, który trwa aż do września. Gdzie można Cię spotkać w tym czasie?

M.B.: Od kilku lat moje wyjazdy skupiają się głównie na zagranicy, zwłaszcza Skandynawii. Z polskich imprez można spotkać mnie na Wolinie (Festiwal Słowian i Wikingów – przyp. do korzeni)

Dobre widoki na przyszłość… Fot.: Łukasz Głowacki

 

d.k.: Czy któreś z tych miejsc lubisz szczególnie?

M.B.: Mam szczególny sentyment do Wolina. W tym roku będę na nim już 15 raz.

d.k.: Chyba większość bywalców festiwali historycznych nie traktuje ich jak zwykłą rozrywkę, ale raczej jako święty czas, w którym mogą powrócić do korzeni w każdym aspekcie: począwszy od wykopania wokół namiotów „wikińskiej kanalizacji”, poprzez biesiadowanie bez użycia sztucznych źródeł światła, na rodzaju jedzenia kończąc. Jak myślisz, skąd w tak wielu ludziach bierze się ten ogromny głód życia, jak dawniej?

M.B.: Myślę, że cywilizacja, globalizacja i pęd za pieniędzmi nas zabijają – a przynajmniej mnie. Człowiek dziś cały czas gdzieś pędzi, a jeśli tak przystanąć i pomyśleć, to pędzi przecież donikąd. Żyjemy z dnia na dzień: praca – dom, praca – dom. Mijają miesiące, lata; dzieci rosną, nie wiadomo kiedy, i życie też mija, nie wiadomo kiedy. Światem żądzą dziwne wartości. Teraz jesteś kimś, jeśli masz dużo lajków na fejsie. Celebryci nic sobą nie reprezentują. To wszystko sprawia, że ludzie chcą wrócić do przeszłości: odciąć się od pędu życia, chaosu dnia codziennego. Chcą pobyć z naturą, spędzić czas z przyjaciółmi. Pokazać inne od współczesnych wartości swoim dzieciom. Mężczyźni mogą się wyżyć w walce, pozbyć się nadmiaru złej energii, poćwiczyć fizycznie. Babeczki ugotują coś razem, poplotkują przy wspólnym przędzeniu. To taki powrót do czasów, gdy mężczyzna dbał o rodzinę, zapewniał jej byt, chodził na polowania (to w przenośni). Kobieta natomiast opiekowała się obejściem, dziećmi – dbała o ognisko domowe. Z jednej strony rozumiem to, że współcześne kobiety pragną się realizować, mieć dobrą pracę, zarabiać.

Z drugiej strony – świat rodzi sieroty, które mając rodziców, tak naprawdę ich nie mają.

Rodzice pracują godzinami, dziecko zjada batona w szkole, a wolny czas spędza na facebooku. Oczywiście, rozumiem życiowe realia, zwłaszcza w Polsce – mało kogo stać tu na spokojne, bezproblemowe życie. Ludzie borykają się z codziennymi problemami, myślą, jak przeżyć od pierwszego do pierwszego. Mówię raczej ogólnie o tym, w którym kierunku poszedł świat. Ja nie lubię cywilizacji. Chciałabym się zakopać w jakiejś wiejskiej chacie i sobie tam żyć.

Fot.: Magda i Łukasz. Dwoje spełnionych dzikusów. Fot.: Paweł Dronka

 

d.k.: Domyślam się w takim razie, że w trakcie sezonu zatracasz się w ówczesnym klimacie i spokojnie funkcjonujesz bez zdobyczy cywilizacji.

M.B.: Całkowicie się zatracam! Jestem też zafascynowana Mongolią, jej klimatem, kulturą, ludźmi, a historyczne wyjazdy to dla mnie trochę takie stepowe życie. Nie mówię tu o weekendowym wypadzie, bo przez dwa dni co najwyżej można trochę odpocząć. Mówię o wyjeździe wielotygodniowym, gdzie codziennie wieczorami siadasz przy ognisku, wpatrujesz się w ogień, słuchasz dźwięków natury czy mruczysz jakąś starą pieśń. Ograniczam cywilizację, na ile tylko mogę. Oczywiście, podczas 4-miesięcznego wyjazdu muszę sprawdzić od czasu do czasu maila, zadzwonić do rodziny. Aby zarabiać, muszę mieć kontakt internetowy z klientami, odpowiadam na pytania, ustalam detale, odpisuję na maile – wtedy, kiedy muszę. Nie czuję potrzeby sprawdzania facebooka co godzinę. Oddycham bez telewizora, odpoczywam od ulicznego zgiełku. Gdy opowiadam nowopoznanym ludziom o swojej pracy i wyjazdach – często mam wrażenie, że nie rozumieją do końca. Mówię, że wyjeżdżam na cztery miesiące, że jestem poza domem, i słyszę zazwyczaj: „No tak – jeździć przez cztery miesiące po hotelach to lipa”. Nie, nie jeżdżę po hotelach – nie potrzebuję ich. Spędzam cztery miesiące w Skandynawii, jestem tam na kilkunastu imprezach historycznych.

Śpię w namiocie historycznym, w którym temperatura jest taka, jak na zewnątrz (spałam wielokrotnie przy temp w nocy -3’C.). Często nie mam dostępu do prysznica.

W zeszłym roku miałam półtoramiesięczną przerwę między prysznicami. Chcąc się umyć – grzeję wodę na ognisku. Jedzenie też. Prądu też nie ma, ale po co mi? Telefon podładuję w aucie. Czasami na imprezie jest jakieś gniazdko w toalecie. Pomiędzy imprezami mogę przecież jechać na kemping, do hotelu, ale nie czuję potrzeby. Wolę zatrzymać się w lesie, wykąpać się we fiordzie, polatać nago wokół ogniska. Tak pogańsko, dziko… pobyć z naturą, taką prawdziwą: Naturą przez wielkie N. Połazić po bagnach, poszukać kości łosi. Zjeść maliny moroszki, z zebranych grzybów ugotować zupę.

Sezon festiwalowy to też dla Magdy sezon leśnego zbieractwa. Fot.: Łukasz Głowacki

 

d.k.: To co najbardziej kochasz w takim sposobie na życie?

M.B.: Wolność. Wstaję, kiedy chcę, idę do pracowni i często siedzę tam po kilkanaście godzin na dobę. Mówiłam już, że jestem pracoholikiem? Ale kiedy mam ochotę – rzucam wszystko i wsiadam na motor. Nikt nie mówi mi, ile mam pracować i kiedy.

Jestem sama sobie sterem, okrętem, i co tam jeszcze było.

Jestem wolna. A to dla mnie największa, życiowa wartość. Nienawidzę przymusu. Sama pracuję na 200%, ale wówczas, gdy tego chcę – nie dlatego, że ktoś mi każe. Mój rok dzieli się na dwa etapy. Najpierw – jesień, zima, wczesna wiosna – gdy zakopuję się w pracowni po uszy i ciężko jest mnie z niej wyciągnąć. Następnie późna wiosna, lato i wczesna jesień – czyli czas wyjazdów, gdy wychodzę do ludzi, a na imprezach spotykam przyjaciół. To czas wyjazdowego szaleństwa, pokazów tkackich. Cały czas coś się dzieje, nie ma stagnacji. Nowe miejsca, nowi ludzie. Ja nie lubię nudy i powtarzających się schematów – ani w pracy, ani w pasjach.

Festiwal historyczny w Skandynawii. Fot.: Michał Smoliński

 

d.k.: Jako wegetarianka, jak radzisz sobie przez kilka miesięcy na festiwalach, na których pieczony świniak jest standardem?

M.B.: Wegetarianizm i rekonstrukcja to dwie skrajności, bo na imprezach króluje mięso (choć we wczesnym średniowieczu to mięso nie było aż tak częste, jak nam się teraz wydaje). Jestem wegetarianką już od ponad dobrych 20 lat. Często spotykam się z pytaniami o pejoratywnym wydźwięku, dotyczących moich skórzanych butów, paska itp. Tak, mam je. Mam też kilka innych elementów skórzanych. I nie lubię takich pytań, denerwują mnie, bo osobiście nikomu nie zabraniam jeść mięsa – to wybór indywidualny. Nie krytykuję tego publicznie, jestem tolerancyjna. Dlatego wymagam tego od innych. Kocham zwierzęta, nie chcę jeść przyjaciół. Marzę o posiadaniu kurek, każda miałaby imię i żyłaby u mnie do śmierci naturalnej. Kozę tez chcę mieć. Na mleko. Jeśli kiedyś będę miała dziecko, ono samo wybierze swoją drogę. Nie będzie przeze mnie do niczego zmuszane. Moja mama zaakceptowała to, gdy w wieku ok. 12 lat przestałam jeść mięso, nie zmuszała mnie do niczego.

Przymus to najgorsza forma relacji.

Wracając do pytania – coraz częściej zdarza się, że na imprezach jest przygotowywane osobne jedzenie dla wegetarian i wegan. Jest nas coraz więcej i to mnie cieszy. Poza tym ja jestem zawsze przygotowana – mam swój zapas jedzenia i w sumie przyzwyczaiłam się do tego, ze sama sobie pichcę. A na biesiadach? Łukasz – mój partner – zyskuje podwójnie!

Fot.: Paweł Dronka

 

d.k.: Czy po tylu latach przebywania w środowisku ludzi zafascynowanych dawnym życiem dostrzegasz w nich jakieś szczególne cechy,  inny system wartości?

M.B.: Tak. Aczkolwiek wiadomo – ludzie są różni. Na chwilę obecną rekonstrukcja historyczna jest modna, trafia do niej dużo różnych i nowych osób. Większość z nich się po czasie wykrusza: idą na studia, zaczynają pracę, przestaje im się to podobać. Istnieje też, nazwijmy to „stara gwardia” – ludzie, których znam od kilkunastu lat, którzy tworzyli podwaliny rekonstrukcji w Polsce. Ci mają już wyklarowany system wartości. Większość z nich jest uczciwa, honorowa, ceni naturę, świat bez mediów społecznościowych. Pokazują swoim dzieciom, że można cudownie spędzić czas latając w bandzie ze zwykłym kijkiem, grając w proste, dawne zabawy; że pieczone jabłka na ognisku są lepsze od chipsów, a kwas chlebowy od coli. Prawdopodobnie te dzieci przekażą te wartości dalej.

Dzieci rekonstruktorów są zazwyczaj bardzo dobrze wychowane, posiadają większą wiedzę z historii, niż rówieśnicy w szkole; szanują przyrodę i doceniają ją.

d.k.: Ty też jesteś bardzo blisko natury. Które aspekty życia z dawnych czasów przeszczepiłaś na to współczesne?

M.B.: Czytałam o jakichś badaniach mówiących, dlaczego mężczyźni nie lubią robić zakupów, tylko wpadają do sklepu, szybko coś biorą i wychodzą, kobiety natomiast chodzą, oglądają, wybierają i zastanawiają się. Otóż mężczyzna to łowca. Ma cel – znaleźć i ubić zwierzynę. On do sklepu idzie na polowanie. Znajduje cel, strzela, przynosi do domu. Kobiety były zbieraczkami – to one zbierały owoce, zioła. Szukały tych najlepszych, najdojrzalszych – i to robią obecnie w sklepach – szukają najlepszego. Ja jestem typową zbieraczką. Ale nie lubię zakupów w sklepach, a w galerii handlowej można mnie spotkać raz na rok i zachowuję się wówczas jak mężczyzna-łowca: myślę, namierzam, celuję i zabieram do domu.
Naturę uwielbiam za to, co nam daje. A daje nam ogrom.

Owoc zbieraczej namiętności Magdy.

 

Wiosnę zaczynam od zbierania czosnku niedźwiedziego oraz ściągania soku z brzóz (już się nie mogę doczekać!). Potem jest sezon pierwszych ziółek sałatkowych, tj. młodej pokrzywy, szczawiu, mniszka lekarskiego, stokrotek. W tym samym czasie z młodych liści buka nastawiam nalewkę. I tak już leci: syrop z podbiału, nalewka z pędów sosny etc. Z owoców robię soki, galaretki, dżemy. Jesień to już czas przetworów ogórkowych, pomidorowych, grzybowych (kanie i rydzyki…), paprykowych. I, oczywiście, owocowych nalewek, w których to czuję się specjalistą! To jedzenie jest zdrowe, nie ma konserwantów, chemii. I jest po prostu pyszne! Natura jest pyszna, a jej smaki zaskakujące. Mam sporo książek o naturalnym jedzeniu – eksperymentuję z przepisami, często dodaję coś od siebie.

d.k.: Ubranie i jedzenie jesteś w stanie bez trudu zorganizować sobie sama. Bez czego jeszcze mogłabyś się spokojnie obejść?

M.B.: Dziś chyba nie da się być do końca samowystarczalnym. Bo, cofając się do początków: abym utkała materiał, muszę mieć nić. A tę mogę zrobić z runa owczego albo z lnu. Owcę musze wyhodować, len – uprawiać. Nie robię ani tego, ani tego. Zatem to taka samowystarczalność częściowa. Ciężko byłoby mi zrezygnować z bieżącej ciepłej wody, prysznica, wanny. Ale już wiem, że jest to możliwe (cztery miesiące bez tego przeżywam, zatem w sumie mogę się bez nich obejść). Spokojnie mogłabym zrezygnować z telewizora. Wiele lat żyłam bez niego i nie odczuwałam potrzeby jego posiadania. Gdyby nie charakter pracy wymagający kontaktu z klientami – bez problemu odcięłabym się od telefonu oraz Internetu.

Moim marzeniem jest mieć w Karkonoszach piękny dom przysłupowy. Te domy były zresztą specjalnie budowane pod tkactwo.

Jedna z izb w konstrukcji domu była wydzielona, by drgania z krosien – a te stare krosna, wierz mi, naprawdę klekoczą – nie przenosiły się na resztę domu. Chcę mieć taki dom. Z malwami przed wejściem, nasłonecznioną ławeczką, na której siadałabym z gromadką kotów. Uprawiałabym sobie w ogródku warzywa, gadała z kurkami… ot, taka wiejska sielanka.

d.k.: Towarzyszem Twoich wyjazdów jest Twój partner. Czy po tylu miesiącach przebywania razem non-stop, na wycieczki motocyklowe uciekasz już sama? W końcu Łukasz też uwielbia motory.

M.B.: Łukasz znakomicie odnalazł się w mojej rekonstrukcji. Lata ze mną po lasach, pali ogniska, wali w bęben i wyje do księżyca. Oboje jesteśmy leśnymi dzikusami. Poza tym, jego pomoc na wyjazdach jest nieoceniona. Cudownie jest razem przeżywać przygody, o których można potem porozmawiać przy kominku podczas długich zimowych wieczorów. Łukasz to też motocyklowy maniak, i tę pasję również dzielimy.

W końcu, jadąc na dwóch osobnych motorach nie musimy się do siebie odzywać!

Magda i jej rumak.

 

W sumie częściej to on gdzieś się czasami wymyka – zwłaszcza, gdy ja jestem zakopana w pracowni. Czasami też podkrada mi mój motor. Przebywanie ze sobą non-stop rodzi czasem spięcia na różnych płaszczyznach, w końcu żaden związek nie jest idealny. Ale kochamy się, dbamy o siebie i pomagamy sobie. Ja mam trudny charakter – często wychodzi ze mnie zadziorny bandzior i łobuz, lubiący stawiać na swoim. Ale pewnie też dzięki tej cesze dopięłam swego i z pasji uczyniłam pracę. Ot, każdy medal ma dwie strony, a kij dwa końce.

d.k.: Łukasz to jeden kompan – pomocnik, ale miauczący sierściuszek łapiący za nitki podczas pracy to chyba w Twoim przypadku obowiązkowy drugi. I – obowiązkowo – wyciągnięty z jakichś życiowych tarapatów. Potrafiłaś przejechać pół Polski po kota żyjącego w złych warunkach i wydać 3000 złotych na ratowanie innego, którego większość lekarzy spisałaby już na straty. Skąd ta ogromna miłość do tych właśnie zwierząt?

M.B.: Może koty w szczególności, ale kocham wszystkie zwierzęta. Jestem bardzo wrażliwa na ich krzywdę i ta wrażliwość mnie zabija. Nie jestem w stanie oglądać wiadomości czy zdjęć, na których pokazana jest krzywda zwierząt. Nie radzę sobie z tym psychicznie. Osobom, które znęcają się nad zwierzętami, zrobiłabym dosłownie to samo. Potem jeszcze oblała smołą, obtoczyła pierzem, wrzuciła do beczki z kolcami i puściła rzeką. W domu rodzinnym zawsze były psy i koty. A pływający w wannie karp dostawał imię. Może to było przyczynkiem do tego, że w bardzo młodym wieku przestałam jeść mięso.

Mam przekonanie, że człowiek jest świadomy, może coś zrobić, działać. A zwierzę jest bezbronne, i jeszcze często bezwarunkowo kocha swojego oprawcę.

Ratując jedno zwierzę nie zmienię całego świata, ale cały świat zmieni się dla tego zwierzęcia. Ludzie biorą rasowe pieski, kotki – nie neguję tego. Ja biorę schorowane bidy, które potem leczę płacząc nocami. Ale wdzięczność, którą potem dostaję, jest niewyobrażalna. Jest to rodzaj miłości, którego nie doświadczył nikt, kto nie uratował zabiedzonego psa czy kota. I każde zwierzę ma prawo żyć… wola życia jest u takich wynędzniałych zwierząt niesamowita. A dlaczego koty? Ja mam trochę taką naturę kota – chodzę własnymi ścieżkami, nie lubię, gdy mi ktoś coś każe… swój cięgnie do swego!

Opiekunka ogniska.

 

d.k.: W tym roku Twoja obecna kotka, Szpulka, rusza w trasę z Wami. Co myśli na ten temat?

M.B.: Zapytałam jej i powiedziała mi, że się bardzo cieszy. Będzie mogła grasować z nami po lasach! A tak na poważnie… wzięcie zwierzaka to odpowiedzialność. Nie można go wziąć, a potem nagle zostawić z kimś na kilka miesięcy. Jest to obciążenie dla trzech stron: dla mnie, dla kota i oczywiście dla nowego opiekuna. Decydując się na Szpulkę wiedziałam, że trzeba będzie sobie z tym jakoś poradzić. Kotka była trochę za mała, gdy do nas trafiła, stąd też bardzo się z nami związała. W sumie zachowuje się jak pies. Gdzie my – tam i ona. Ja w pracowni – ona ze mną. Wyjeżdżam autem – ona żegna mnie w oknie. Pojawia się w nim znów, gdy podjeżdżam. Wchodzę do domu – ona już siedzi w przedpokoju. Taki koto-pies. Wyjazd z nią będzie wyzwaniem, ale damy radę!

d.k.: W takim razie czego Ci życzyć na koniec, oprócz owocnego sezonu festiwalowego?

M.B.: Na chwilę obecną – wyleczenia ręki i zdrowia dla kota!

d.k.: A gdyby po przeczytaniu tego wywiadu zechcieli się z Tobą skontaktować scenografowie jakiejś historycznej superprodukcji, gdzie mogą Cię znaleźć?

M.B.: Moja pracownia i centrum dowodzenia znajdują się w Wałbrzychu, ale to moje domowe zacisze – zatem odwiedziny tylko i wyłącznie z wcześniejszą zapowiedzią. Serdecznie zapraszam za to do odwiedzenia mojej facebookowej strony pod adresem www.facebook.com/korkonticrafts , a wkrótce ruszy też regularna strona www. Do kontaktu zapraszam też mailowo: korkonticrafts@gmail.com

d.k.: Dziękuję za rozmowę i życzę Waszej trójce samych pięknych przygód.

***

Serdeczne podziękowania dla następujących autorów za użyczenie ich zdjęć do artykułu:

Łukasz Głowacki
Małgorzata Tomczuk
Rekografia
Foto © K&W Szlósarczyk 
Paweł Dronka
Tomasz Czyszczon
Michał Smoliński
Kama Wojda

To też może Cię zainteresować:

3 komentarze

  • Odpowiedz
    Zabcia
    15 marca 2018 at 17:25

    Piękna kobieta, piękna opowieść, ja chcę się u tej Pani ubierać:)))

    • Odpowiedz
      Lena
      15 marca 2018 at 17:34

      Myślę, że jest to możliwe 😀

  • Odpowiedz
    grzesio
    24 lutego 2019 at 12:25

    Piękna Magdo jesteś, i, ładny masz, uśmiech, i, motor

Zostaw odpowiedź