0
Do Korzeni
Znad rzeki

Cztery typy udawanych znajomości, czyli po co nam odczucia identyczne z naturalnymi?

Proste życie bez sztucznych dodatków. Lubię nęcić innych taką ideą, bo regularne czystki w przestrzeni życiowej na ogół zasysają do niej nową jakość. Dotyczy to wszystkiego – i znajomości też, a udawane relacje to intrygujące zjawisko.

Z powstaniem tego wichrzycielskiego wpisu było tak.

Poszłam sobie nad ukochaną rzekę i przyłapałam się na wdzięczności za to, że… jestem nad nią sama. Przy całym arsenale wielkodusznych cech, jakimi dysponują najbliższe mi osoby, może cztery z nich są w stanie zrozumieć, jak bardzo regenerujący wpływ ma na mnie kontakt z… mchem. Dziwne, ale przecież każdy z nas ma wachlarz swoich osobliwych zwyczajów. Im częściej ktoś, z kim pozostajemy w bliskich relacjach, marszczy na nie nos, tym bardziej warto się zastanowić, czemu właściwie to znosimy. Czasem nawet nie marszczy; po prostu nie potrafimy w jego towarzystwie odczuwać radości, a mimo to pozwalamy, by krążył gdzieś obok, rzucając na nas cień. I tu płynnie przechodzimy do sedna tego, co tym razem wpadło mi nad tą rzeką do głowy.

Mech

(fot.: do korzeni)

 

„Sztuczny dodatek” rozumiemy zazwyczaj jako syntetyczny twór, który, dodany do żywności, odzieży, kosmetyków czy leków przydaje im jakichś walorów estetycznych, zapachowych lub smakowych. Czujemy się jakby lepiej. Jakby.

Ale idea, że na podobnej zasadzie sztucznego dodatku pozwalamy z premedytacją funkcjonować niektórym, udawanym relacjom, wydaje się co najmniej obrazoburcza. Tyle, że im dłużej czymś nie do pomyślenia zostaje, tym większą krzywdę sobie wyrządzamy.

Temat toksycznych relacji przewałkowano już z góry na dół i z prawa na lewo, toteż moje trzy grosze nie wniosą do niego nic nowego, choć przebrane w trochę inne porównania, które ostatnio pałętały mi się po głowie. Są one jednak tak absurdalne, że paradoksalnie, może pomogą komuś otworzyć oczy. Będą to porównania do dodatków… spożywczych, bo są szczególnie obrazowe: w końcu i jeść, i otaczać się ludźmi musimy. I tu, i tu coraz trudniej ustrzec się sztuczności i jej konsekwencji. Wygląda na teorie szyte grubymi nićmi…? Poczekaj.

Udawane znajomości są jak udawane jedzenie

Udawane znajomości mają sporo wspólnego z udawanym jedzeniem. (fot.: foter)

 

Tę moją grubo ciosaną „klasyfikację” potraktujcie proszę z przymrużeniem oka. Moje luźne skojarzenia nie są faktami, a ludzi zaszufladkowano już ze względu na dosłownie wszystko. Często niewiele dobrego z tych oceniających etykiet przychodzi, bo nikt nie jest do końca odpowiedzialny za to, jaką ma osobowość. Jednak już tylko my jesteśmy winni sztucznego podtrzymywania relacji pogarszających nasze samopoczucie. Dlatego jeśli cokolwiek z tego, co przeczytasz za chwilę, będzie Ci wyglądać znajomo, nie wiń drugiej osoby za to, że jest, jaka jest. Lepiej zastanów się uczciwie, dlaczego w tym tkwisz. Kwestia tego, w czyim otoczeniu godzimy się przebywać, nie wynika najczęściej ze spluwy przyłożonej nam do głowy na totalnym bezludziu.

Konserwowa znajomość

Czyli taka, która trwa od czasów niepamiętnych, a trwanie to sankcjonujemy usprawiedliwieniami typu: „Znamy się od przedszkola”, „Tak wiele razem przeżyliśmy”, „To w końcu rodzina. Rodziny się nie wybiera” itp.

Czujemy, że się dusimy, że już dawno przestaliśmy akceptować zachowania drugiej osoby, ale pozwalamy przyzwyczajeniu i temu, co wypada w oczach innych, ciążyć na wieku słoja, w którym aż kipi od pleśni.

A ta występuje w całej gamie kolorów i zapaszków.

Udawane relacje to relacje toksyczne.

Jaki jest sens kurczowego trzymania się korzeni, które dawno uschły…? (fot.: do korzeni)

 

Może nam na przykład zacząć lekko wonieć fakt, że wszystkie nasze radości i sukcesy są konsekwentnie zbywane milczeniem; traktowanie, jakby nasz rozwój intelektualno – emocjonalny zatrzymał się na trzeciej klasie podstawówki, zasada „co twoje, to i moje”, nieszanowanie naszych poglądów, dawanie do zrozumienia, że nasz pomysł na życie jest niepoważny i szereg innych zachowań, które powodują, że czujemy się, jakbyśmy w oczach osoby, z którą tkwimy w zalewie, byli niezmiennie takim właśnie, zakonserwowanym w swoim niedorozwoju, malutkim ogórkiem. Choć mamy się znakomicie, w mniemaniu Człowieka – Konserwy w naszym życiu zawsze powinniśmy coś poprawić, a wzrost i naturalne zmiany, które w nas zachodzą, zwalane są na karb naszego partnera albo niedojrzałości. To typ, od którego nie uświadczysz słowa „przepraszam” i zaproszenia do poważnej rozmowy. Nie zrobi tego, ponieważ nie przyjmuje do świadomości, że ewoluujesz. Chciałby, byś dalej kisił się w tej samej, niezmienionej, zapamiętanej przez niego i dającej mu nad tobą kontrolą, formie.

Dlaczego się na to godzimy?

Relacje tego typu dają poczucie dziwnego bezpieczeństwa mimo dyskomfortu. Jak mawiają starzy ludzie: „lepszy znany wróg, niż nieznany przyjaciel”. Pytanie tylko, po co w ogóle mieć aż tak blisko siebie wrogów lub nieprzychylnie nastawionych ludzi? Dlaczego poczuwasz się do „więzów krwi” i „wieloletniej znajomości”, skoro dla drugiej osoby nie ma to najmniejszego znaczenia, gdy Cię nie szanuje i deprecjonuje to, co dla Ciebie ważne?

Cukier Rafinowany

Uwielbiamy cukier, choć jest bezwartościowy. (fot.: foter)

 

Człowiek-Cukier skomplementuje wszystko to, na czym ci średnio zależy (zdjęcie z wakacji na Facebooku, nową fryzurę itp.), ale raczej nie pociągnie wątku twoich problemów egzystencjalnych, o których przebąknąłeś. Zachwyci się tym, co udane, i spyta, „co dobrego słychać”, dając do zrozumienia, że na tematy trudne wolałby spuścić zasłonę milczenia – inaczej zmącą jego huraoptymistyczną aurę.

Twoje rozterki skwituje swoim „Przesadzasz. Będzie dobrze”, nawet, jeśli przeczy to logice i faktom. Spotkanie z nim generuje lekkie mdłości z przesłodzenia, o dziwo jednak idące w parze z goryczą.

Zaczynasz orientować się, że wasza relacja to gra słodkich pozorów, gdy ósmy raz w przeciągu krótkiego czasu jesteś pytany o to samo. Wówczas nieśmiało zaczyna do Ciebie docierać, że równie dobrze możesz zacząć opowiadać o rodzajach gleby w Somalii, ponieważ rzadkie pytania ze strony Cukru nie padają z troski, ba, gorzej – nawet przez ciekawość, ale wyłącznie dla utrzymania atrapy zainteresowania.

Dlaczego się na to godzimy?

Cukier na krótko krzepi – do tego stopnia, że odurzeni nim, przez moment jesteśmy nawet przekonani, że to my sami rzeczywiście przesadzamy. Pytanie, czy to dobra cena za bezczelne bagatelizowanie tego, co dla Ciebie ważne.

Sztuczny Barwnik

Tęczowy, swobodny i głośny; swoją osobowością, błyskotliwością, urodą bądź poczuciem humoru ubarwia każdą przestrzeń, w której się znajdzie. Najczęściej dusza towarzystwa tego określonego typu jest bardzo świadoma swojego wdzięku, pozycji społecznej i wszelakich atutów.

Jest kolorowo. I… to wszystko. (fot.:foter)

 

Istnieje jednak pewna różnica między barwnikiem sztucznym a naturalnym: ten pierwszy wierzy, że samą swoją obecnością uświetnia każdą okoliczność, w której się znajdzie, w związku z tym nie oferuje od siebie już nic więcej.

Pojęcia „troska”, „wdzięczność” czy „empatia” nie kalają jego umysłu, a nawet, jeśli – są obliczone na podrasowanie jego własnego wizerunku. On po prostu JEST, epatuje swoją wspaniałością, więc niejednokrotnie to on narzuca zasady, krytykując cię nawet pod twoim własnym dachem. To z kolei postać, od której nie usłyszysz „dziękuję”. Gdy raz na rok zadzwoni, by zapytać, jak się czujesz, po minucie dowiesz się o przysłudze, o jaką w zasadzie chciał cię zapytać. Jeśli jednak odmówisz lub skrytykujesz Sztuczny Barwnik, poznasz jego toksyczną stronę.

Dlaczego się na to godzimy?

Najczęściej z dość niskiej i prostej, choć nieuświadomionej pobudki: Człowiek-Barwnik upiększa naszą przestrzeń, gwarantuje wesołość. Miło ogrzewać się w jego ekstrawertycznym, kolorowym blasku, zwłaszcza, jeśli sami nie mamy wybitnie rozwiniętych zdolności interpersonalnych.

Pusty Wypełniacz

Puste Wypełniacze to indywiduua, które z jakichś przyczyn krążą stale w naszej orbicie, choć w zasadzie nie sposób określić, dlaczego.

Pozory zapełnienia pustki można dać sobie dość łatwo. (fot.: foter)

 

To naprawdę obszerna galeria postaci o jaskrawych i niestrawnych przywarach. Mieszczą się tu ludzie, o których wiesz, że nigdy nie podyskutujesz z nimi o ideach lub na głębsze tematy, ale o tym, komu właśnie rozsypało się życie i z czyjej winy. To osoby mówiące szesnasty rok z rzędu o swoim problemie, z którym nie robią nic, takie, które poukładałyby życie całego osiedla i takie, które wiecznie gapią się na telefon podczas spotkania z Tobą, nasuwając pytanie, po co do cholery w ogóle przyszły. To ci, którzy wpadają bez zapowiedzi i nie wiedzą, kiedy wyjść, i ci, którzy potrzebują Cię tylko w charakterze widowni ich sukcesów itp. Wymieniać można by długo, ale łączy je jedno: wypełniają twój czas ziejącą pustką.

Dlaczego się na to godzimy?

W życiu, jak w chlebie: puste wypełniacze dają złudne poczucie sytości. Powtarzasz sobie, że mimo tych wszystkich wad, to poczciwi ludzie. I często tacy właśnie są. Kiedy jednak wychodzą, chce Ci się krzyczeć: „Oddaj mój zmarnowany czas!”.

Co dalej?

A to zależy.

Sucho, miałko i samotnie, choć w czyimś towarzystwie. Po co to? (fot.: do korzeni)

 

Głównie od tego, do jakiego stopnia odczuwasz skutki uboczne takiej udawanej relacji, a także od tego, jak bardzo cenisz siebie, swobodę bycia sobą i poczucie dobrze wykorzystanego czasu, którego z każdą chwilą Ci ubywa. To jedyna waluta, w której nigdy się nie odkujesz. A mógłbyś przeznaczyć go na wysokojakościowe spotkanie z ludźmi, po których brzuch boli cię ze śmiechu, masz głowę pełną pomysłów, nie czujesz się jak odszczepieniec dlatego, że szczytem twych ambicji jest zamieszkać w Nepalu, uśmiechasz się na swój widok w lustrze i czujesz, że jednak odbędziesz ten lot na Księżyc. Mógłbyś też ten czas przeznaczyć na spotkanie z… sobą. Szepnąć sobie samemu kilka krzepiących słow, bo czemu masz być wsparciem tylko dla innych?

Sztuczne dodatki mają do siebie to, że są namiastką czegoś prawdziwego. Nic więc dziwnego, że cechą wspólną wszystkich sztucznych znajomości jest towarzyszący im

Aromat identyczny z naturalnym

Poznajemy go po tym, że od czasu do czasu ze zdziwieniem i odrazą łapiemy się na wznoszeniu się na wyżyny teatralnych umiejętności. Niby jest poprawnie, niby jest sympatycznie, niby prawie jesteśmy sobą – ale o swoim samopoczuciu możemy powiedzieć z pewnością tylko jedno: jest w takich relacjach dalekie od naturalności.

Wyprowadź się czasem na spacer bez towarzystwa – tylko nie zanudzaj się problemami. (fot.: do korzeni)

 

Jak wszystkie sztuczne dodatki, i takie udawane relacje nie są dla naszej psychiki w najmniejszym stopniu odżywcze. Marniejemy w nich.

I choć to mocny argument za poluźnieniem albo zakończeniem znajomości, wolimy sztucznie utrzymywać ją przy życiu, najczęściej ze strachu. Ale zazwyczaj nie zatrzymujemy wysłużonych już butów, dziurawego garnka, chorego zęba czy przeterminowanych leków ZE STRACHU. Dlaczego nie dbamy o higienę społeczną? To często od niej zależy nasze nastawienie, motywacje, nastrój. Oczywiście – to wszystko człowiek powinen zapewnić sobie sam, ale nie od dziś wiadomo, że są to zjawiska zaraźliwe. Niemniej, nie jest ani racjonalne, ani dojrzałe żądać od bliźnich zachowywania się według naszych oczekiwań i palenia mostów wówczas, gdy ich nie spełniają. Kto by się ostał, gdybyśmy izolowali ludzi za każdą rzecz, której nie po drodze z naszymi wartościami…? Zresztą, jak twierdzą alergolodzy, niektóre nietolerancje mijają samoistnie.

Słowo – klucz: WYBÓR

Czym innym jest jednak chwilowa niestrawność, która przytrafia się i każdemu, i w każdej relacji, a czym innym permanentne lub ciężkie podtrucie po każdym, bez wyjątku, kontakcie z drugą osobą. To jak ze słodką drożdżówką z kolorową posypką: chcemy jej, choć, nauczeni doświadczeniem, wiemy, że potem będzie bolał brzuch. Bardzo.

Co wybierasz? (fot.: do korzeni)

 

Zasadnicza analogia pomiędzy słabością do sztucznych dodatków i sztucznych relacji jest jedna: mimo, że jesteśmy świadomi ich bezsprzecznej szkodliwości, coś nam jednak dają, rekompensują lub poprawiają. A to jest po prostu nieszczere – ale już nie ze strony „człowieka – sztucznego dodatku”, a wyłącznie z naszej.

Dlatego wygaszenie lub przerwa od takich znajomości jest przede wszystkim wyrazem naszej uczciwości, a przy okazji – przygotowaniem przestrzeni na to, co wartościowe. Nie poznasz ludzi, którzy dodadzą ci energii, niezmiennie dając pole do wypowiedzi tym, którzy wysysają z ciebie entuzjazm. Nie zaznasz uskrzydlającego związku, wymyślając kolejne powody, dla których powinieneś trwać w tym chorym. Mnożenie kolejnych przykładów będzie już groziło otarciem się o banał, więc prościutka puenta: większość ludzi nie ma jednak daru bilokacji i najprawdopodobniej Ty też nie możesz poświęcać swojego czasu na dwie opcje naraz, więc może niegłupią rzeczą byłoby dać sobie prawo do wyboru. Wolność wyboru jest rzeczą wspaniałą i smutne jest to, że tak łatwo dajemy jej przegrać z przyzwyczajeniem – choćby do najgorszego.

No, ewentualnie, z gotowością udawania, że godzimy się na wszystko z uśmiechem na twarzy i nic nie stoi w sprzeczności z naszą godnością i sumieniem. Problem w tym, że nie zyskuje na tym tak naprawdę zupełnie nikt, bo karmiąc się sztucznymi namiastkami, trujemy zawsze wyłącznie sami siebie.

***

Na koniec trzy apele.

Po pierwsze – jeśli decydujemy się na okrojenie relacji do tych tylko dla nas zdrowych, dajmy też takie prawo innym. I my możemy być sztucznym dodatkiem w czyimś życiu i nie możemy tego, co robimy my sami, nazywać „wyrachowaniem” w wykonaniu kogoś innego. Nie konstruujmy laleczki voodoo tylko dlatego, że ktoś nas wyrzucił ze znajomych na Facebooku. Bezsensownie jest wypełniać swoją przestrzeń tym, co nam nie służy, ale jeszcze gorzej samemu być przyczyną czyjejś wysypki. Godność ponad wszystko.

Po drugie – nie jestem psychologiem, i jeśli z perspektywy wartości edukacyjnej do tych nieuczesanych myśli podchodzić, można by je zapewnie z powodzeniem rozbić o kant d***. Dlatego nie podchodźcie tak do nich, proszę. „Znad Rzeki” to jedyny dział, w którym pozwalam myślom po prostu płynąć z jej nurtem, a czasem pod prąd, nie sięgając jednak do źródeł. Kto zresztą wie – może za chwilę przypłyną zupełnie inne?

Po trzecie: wiwat Ci, przy których można poluzować wszystkie guziki, mieć dziurawe skarpetki i duszę. To dzięki Wam wiadomo, jak powinno być.

Tekst i zdjęcia: Do korzeni / foter. Kopiowanie i wykorzystywanie zdjęć i tekstu zabronione.

To też może Cię zainteresować:

1 komentarz

  • Odpowiedz
    Aga Rogala
    1 września 2018 at 08:08

    Baaardzo wartościowy tekst! Jako osoba pracująca z i nad Człowiekiem spotykam tego rodzaju typy ale przyznam, że nie usuwam takich znajomości z otoczenia. Najwyżej mocno okrajamczęstotliwość. Nie usuwam natomiast dlatego, że pasjonuje mnie analiza konstrukcji takich ludzi, sposobu ich myślenia, mechanizmów działania i dróg dotarcia do nich. Mimo wszystko jest mi ich szkoda.. Oczywiście gdy robią mi krzywdę (rozumianą szeroko) ograniczam się tylko do zadziwienia. Nie mniej jednak – może to perwersyjne – lubię się czasem pozadziwiać. To jak z tymi, którzy lubią oglądać horrory 😉

Zostaw odpowiedź