0
Do Korzeni
Korzenni Ludzie

Urodzeni eksperymentatorzy. Rozmowa z Maciejem Muskatem, współtwórcą leśnej szkoły w Kopańcu

Leśna szkoła Wiśniowe Wzgórze i projekt Leśna Szkółka w Kopańcu to przedsięwzięcia powołane do życia przez aktywistów, którzy poszanowanie natury mają we krwi.

A choć siedziba leśnej szkoły znajduje się w urokliwej miejscowości u podnóża Gór Izerskich, upodobanej sobie przez artystów, w wielkim błędzie jest ten, kto myśli, że alternatywny model edukacji oferowany tu dzieciom to też luźna, artystyczna impresja bez pomysłu na efekt finalny.

Do korzeni: Jakie chwile sprawiają, że chce Wam się tworzyć swoją leśną szkołę?

Maciej Muskat.: Pierwsza rzecz – gdy rodzic mówi nam, że w sobotę rano dziecko pyta: „a kiedy mogę znowu iść do Szkółki?”. Druga to anegdota jednej z naszych przewodniczek. Podczas odwiedzin lokalnej szkoły podstawowej (jednej z lepszych w okolicy) mój syn usłyszał dzwonek na przerwę. „Co to za dźwięk?” – pyta. „To dzwonek na przerwę” – pada odpowiedź.

„Na przerwę? Ale po co w szkole jest przerwa?”

 

Dzieci z Leśnej Szkółki w Kopańcu

Lekcja biologii i geografii – znad rzeki, nie ławki.

Do korzeni: To od początku. Co było pierwsze: pomysł, by utworzyć leśne przedszkole, czy ten, by zacząć zalesiać zdegradowane obszary? 

Maciej Muskat: Wszystko zaczęło się 1,5 roku temu, kiedy po prostu założyliśmy Leśną Szkółkę, czyli projekt ekologiczno-edukacyjny dla dzieci. Pomysł zalesiania przez dzieci narodził się później. Dość spontanicznie przyszło nam do głowy, że przecież nazwa przedsięwzięcia ma też drugie znaczenie. Drugim powodem było zrozumienie, że dzieci nie mogą i nie powinny liczyć na dorosłych w kwestii dbania o ekologiczną przyszłość. Niezależnie od tego, co dorośli mogą mówić, ich działania – bądź ich brak (szczególnie przez ostatnie kilkadziesiąt lat) – potwierdza to, że nowe pokolenie będzie musiało nauczyć się rozumieć i chronić przyrodę w znacznie większym stopniu, niż to miało miejsce wcześniej.

D.k.: Przedszkole drzew to jedno, a leśne przedszkole dla dzieci to drugie. Skąd pomysł, by założyć Leśną Szkółkę właśnie w Kopańcu –  miejscowości liczącej niespełna 400 mieszkańców?

M.M.: Powód był dość prozaiczny – zainspirowani książkami czytanymi przed laty i opowieściami o leśnych szkołach w innych krajach chcieliśmy, by nasz starszy syn miał możliwość edukacji innej, niż ta standardowa. Prawie 4 lata temu przenieśliśmy się do Kopańca pod Jelenią Górą, rezygnując z wielkomiejskiego życia. Ponieważ w okolicy nie było żadnej podobnej placówki, musieliśmy stworzyć własną. To przede wszystkim zasługa Noemi, mojej żony, która – nie znając dobrze polskiego – zdecydowała się w to wejść i poprowadzić całość. A nie jest to łatwe – nasz projekt nie jest formalnie szkołą, więc nie dostajemy żadnych dotacji od państwa. Co więcej, najtrudniejsze jest przekonanie rodziców, że ta forma edukacji warta jest kosztów i czasu spędzonego np. na dojazd.

Dzieci z przedszkola Cherry Hill w Kopańcu

Przyszli ogrodnicy uczą się, skąd się biorą ziemniaki

D.k.: Czy posiadacie jakąś fizyczną siedzibę?

M.M.: Działamy w ramach fundacji, co daje nam fizyczną siedzibę i osobowość prawną. Używamy też jednego, małego budynku w gospodarstwie agroturystycznym niedaleko wsi – tzw. chatki Baby Jagi – do prowadzenia tam zajęć w te dni, kiedy pogoda jest naprawdę parszywa i część czasu dzieci spędzają pod dachem.

D.k.: Wasza leśna szkółka działa pod egidą Fundacji Harmonia Kultury – co oznacza, że dzieci są zarejestrowane w edukacji domowej i od 7 roku życia będą przechodzić coroczne egzaminy. Część rodziców, przyzwyczajona do nauki czytania i liczenia przy kartce papieru, zastanawia się pewnie, czy jest możliwe, by wpleść wszystko, czego wymaga MEN, pomiędzy sadzenie drzew i przebywanie na łonie natury.

M.M.: Zgadza się. Takie obawy były i dzieci część czasu rzeczywiście spędzają nad zeszytem, żeby opanować to minimum, które będzie od nich wymagane na koniec roku szkolnego.

Jednak poza nauką pisania praktycznie wszystkie rzeczy można „przerobić” w terenie – co więcej, dzieci uczą się szybciej, jeśli nauka opiera się o odniesienia do przyrody, zamiast o abstrakcyjne pojęcia.

Dla przykładu – liczby i podstawowe działania matematyczne można pokazać za pomocą termometru mierzącego temperaturę powietrza, wody itp. Wiedza biologiczna maluchów już na koniec zeszłego roku była ogromna – podczas quizu na zakończenie roku grupa dzieci ze Szkółki całkowicie rozgromiła swoich rodziców pod tym względem. No i, co najważniejsze dla nas – dzieci z natury są urodzonymi eksperymentatorami, więc staramy się bardziej dbać o możliwości „testowania hipotez”, niż o standardowy program, gdzie po prostu chcemy, by dzieci „zaliczyły” klasę. Niedługo chcemy je nauczyć „dokumentacji” tego, co robią i co obserwują – na początku przy pomocy zeszytów i aparatów, a później komputera.

Leśna Szkółka w Kopańcu

Zajęcia wykorzystują wrodzoną ciekawość dzieci

 

D.k.: Kim są ludzie, którzy pracują w „Wiśniowym Wzgórzu”?

M.M.: Tu nam się naprawdę udało. Jesteśmy w większości zadowoleni z opiekunów (nazywamy ich u nas przewodnikami, żeby odróżnić ich rolę od roli standardowego nauczyciela), którzy trafili do naszej Szkółki. Mamy wśród nich niezłą różnorodność  – emerytowaną nauczycielkę edukacji wczesnoszkolnej, przyrodnika i zielarza czy polonistkę z zacięciem do sztuki. Wszystkich ich łączy autentyczne zainteresowanie tą formą edukacji. Co miesiąc spotykamy się, żeby dyskutować o programie, wyzwaniach itp.

D.k.: A rodzice, przyprowadzający swoje dzieci do waszej szkoły – kim są? Dlaczego to robią?

M.M.: Zazwyczaj trafiają do nas rodzice, którzy już zetknęli się z innymi modelami edukacji (od Montessori do domowej). Rodzice chcą dać dzieciom coś, czego w większości nie doświadczyli w swoim dzieciństwie, a teraz, obserwując swoje dzieci widzą, że to im służy. Głównym wyzwaniem jest dla nas to brak dotacji od państwa. To automatycznie powoduje, że rodziców z biedniejszych rodzin nie stać na płacenie czesnego. Chcielibyśmy to zmienić, np. dzięki dotacji od prywatnej fundacji wspierającej takie działania.

D.k.: Jak przekonałbyś niedowiarków, że leśne przedszkola nie są żadną „atrapą” ani „namiastką” czegokolwiek, a przestrzenią do pełnowartościowej edukacji?

M.M.: Obecnie staram się unikać przekonywania sceptyków, na jakimkolwiek polu. Skupiam się na tych, którzy sami widzą, że standardowa edukacja w najlepszym razie ogranicza rozwój dziecka, a często wręcz wyrządza mu szkodę. Zwłaszcza w obecnym momencie edukacja wpajana w normalnym systemie nie przystaje do wyzwań, z jakimi będą mierzyć się dzisiejsze dzieci w świecie narastających kryzysów, na rozmaitych polach. Skupiamy się raczej na tych rodzicach, którzy z różnych powodów wątpią w zalety „normalnej” edukacji, lecz jednocześnie nie są przekonani do naszej propozycji z powodu dojazdu, kosztów, czy tego, jak „dzieci będą sobie radzić później”.

Leśna Szkółka na Dolnym Śląsku

Drugie śniadanie na świeżym powietrzu zamiast w stołówce. Czemu nie?

D.k.: To wyjaśnijmy, jak to jest z tym radzeniem sobie. Czego dzieci mogą się nauczyć w trakcie przykładowego dnia w Leśnej Szkółce?

M.M.: Poranki (od godziny 9:00 do 12:00) obecnie podzielone są na spacer oraz zajęcia związane z nauką pisania i czytania. Potem jest obiad (który gotuje moja żona), a od 13:00 do 16:00 dzieci mają zawsze innego przewodnika, prawie zawsze spędzając większość czasu w przyrodzie.

Ów czas mogą spędzać na różnych rzeczach – pracy z mikroskopem, poznawaniu leczniczych właściwości roślin, rysowaniu mapy okolicy, nauce mnożenia po angielsku czy rozmowie na tematy z zakresu etyki, którą niedawno wprowadziliśmy i okazało się, że dzieci też to lubią.

D.k.: Przypuszczam, że z uwagi na lokalizację, dzieci uczące się w Waszym przedszkolu pochodzą przede wszystkim z ościennych miejscowości i nigdy nie straciły kontaktu z przyrodą. Czy zdarzają się jednak dzieci typowo „miejskie” i jak zmienia się ich zachowanie w miarę obcowania z naturą?

M.M.: Mamy w Szkółce różne dzieci – zarówno z okolicznych wsi, jak i z Jeleniej Góry, gdzie przyroda oznacza… miejskie podwórko. Dzieci wiejskie niekoniecznie obcują często z naturą, podobnie jak mitem jest to, że na wsi jest dostęp do zdrowszej żywności. Tak było, ale teraz wielu ludzi kupuje produkty z lokalnych sklepów, głównie Nestlé. Kontakt dzieci z przyrodą zależy głównie od rodziców. Od tego, czy oni sami to lubią robić. Zachowanie dzieci, które trafiły do nas z miasta, zmienia się dość szybko i diametralnie.

Na początku boją się dotknąć dżdżownicy, a po kilku tygodniach zamieniają się w krzyżówkę małego naukowca z Indianinem.

Leśna Szkółka w Kopańcu

Alternatywa dla czterech ścian szkoły

D.k.: Leśnych szkół jest coraz więcej. Czy myślisz, że wiąże się z tym ryzyko powstawania placówek nastawionych tylko na zysk?

M.M.: W Niemczech jest 1500 leśnych przedszkoli. Niedawno słyszałem, że w Czechach leśnych przedszkoli jest ponad 200 i są wspierane przez Państwo. Dlatego na obecnym etapie zwyczajnie chciałbym, by było ich w Polsce dużo, dużo więcej, licząc się z tym, że może pojawić się ktoś, kto będzie to robił dla pieniędzy (choć szczerze mówiąc, nie wyobrażam sobie „szybkiego zarobku” w tej dziedzinie).

D.k.: A co jest, w Twoich oczach, największym zagrożeniem dla maluchów uczących się w klasycznych przedszkolach?

M.M.: To zależy od wieku. Dla maluchów w wieku 4-7 kluczowe jest to, co związane jest z prawidłowym rozwojem ciała, zmysłów i motoryki. Dzieci będące u nas regularnie już po kilku miesiącach mają dużo lepszy balans, koordynację ruchową, ale poprawia się również ich umiejętność skupienia. Tymczasem przetrzymywanie 6-7 latka w czterech ścianach przez większość czasu działa przeciwko nauczycielom, rodzicom i zdrowiu, psychicznemu i fizycznemu, samych dzieci.

Mniej więcej od wieku 7 lat dziecko w klasycznej edukacji uczy się, że najważniejszą rzeczą jest opanowanie jakiegoś zestawu informacji, co powinno wprawić nauczyciela w zadowolenie.

W tym momencie zaczyna tracić ów naturalny instynkt eksperymentatora poszukującego odpowiedzi, a jednocześnie lokuje się poczucie swojej wartości poza samym sobą. System ten nie uległ żadnej fundamentalnej zmianie od XIX wieku, kiedy celem edukacji było produkować „zasoby ludzkie” do potrzeb przemysłowej gospodarki.

D.k.: Założenie przedszkola edukującego świadome, przyszłe pokolenie, wydaje mi się naturalną konsekwencją faktu, że byłeś dyrektorem Greenpeace Polska, jesteś znanym aktywistą i los środowiska naturalnego jest bliski Twojemu sercu. Dla mnie Twoje doświadczenie i wiedza działa tylko na plus, ale powiedz proszę, jak uważasz – gdzie przebiega granica w przeszczepianiu własnych wartości na najmłodsze pokolenie?

M.M.: To chyba Keynes powiedział, że „ludzie, którzy wierzą, że nie są pod niczyim intelektualnym wpływem, są zazwyczaj niewolnikami jakiegoś zmarłego ekonomisty”. Dzieciom pod naszą opieką nie tylko przekazujemy wiedzę nt. świata i przyrody, ale też otwarcie budujemy emocjonalną więź z naturą. Jeśli kochasz coś albo kogoś, to będziesz walczył, gdy temu komuś czy czemuś coś zacznie zagrażać. To najbardziej podstawowy instynkt. W naszych rozmowach z dziećmi mówimy im nie tylko o pięknie przyrody, ale też o zjawiskach i ludziach, którzy tej przyrodzie zagrażają. To czyni zajęcia ciekawszymi. Teraz dzieci ratują żaby w okresie godowym, zatrzymując auta i przenosząc płazy w bezpieczne miejsca. Co będzie później – zobaczymy. Jeśli będziemy pokazywać dzieciom przyrodę na zasadzie „ładnego i miłego obrazka” i nie nauczymy ich stać na straży tego, co przynosi im inspirację, uspokojenie i substancje lecznicze, to kolejne pokolenia zwyczajnie nie będą miały możliwości uczestnictwa w leśnych szkołach. Kiedyś słyszałem taki cytat:

„Wszyscy mówią o tym, żeby zostawić lepszą planetę naszym dzieciom. Dlaczego nie spróbujemy zostawić lepszych dzieci na tej planecie?”

 

***

Tekst: Do korzeni

Zdjęcia: Do korzeni | archiwum Leśnej Szkółki Cherry Hill

Kopiowanie i wykorzystywanie zdjęć i tekstu zabronione.

To też może Cię zainteresować:

Brak komentarzy

    Zostaw odpowiedź