Do Korzeni
Dzieci w Naturę
Korzenni Ludzie

To było mega! Rozmowa z Kasprem Jakubowskim z Fundacji Dzieci w Naturę

Przebodźcowane elektroniką i mediami, niewybiegane, niesamodzielne; nie nauczone, że natura jest olbrzymią areną ekscytujących odkryć. Pokolenie takich dzieci opuszcza coraz częściej mury przedszkoli po wielu spędzonych w nich godzinach. Nic dziwnego, że los środowiska jest im obojętny.

Po powrocie do domów nie jest lepiej. Wieczorem nie zawsze jest już czas na wspólną eksplorację natury. Zresztą, część rodziców nawet nie wie – lub już nie pamięta – jak się do tego zabrać. Z pomocą przychodzi fundacja „Dzieci w Naturę”, z której prezesem rozmawiam w wywiadzie otwierającym mini-cykl o leśnych szkołach i podobnych im inicjatywach.

 

Do korzeni: Poznajmy się. Kim są ludzie, którzy pracują w fundacji „Dzieci w Naturę”?

Kasper Jakubowski: Nazywam się Kasper Jakubowski, jestem prezesem fundacji. Jako architekt krajobrazu angażuję się w działania na rzecz ochrony terenów zieleni w Krakowie. Skończyłem także pracę doktorską o miejskich nieużytkach, nowych koncepcjach parków i przestrzeniach edukacji ekologicznej w miastach.

Dzieci w naturze

Fundacja uczy odnajdywać niezwykłe w pozornie zwyczajnym.

 

Naszą fundację współtworzą też: dr Joanna Kajzer-Bonk, pracownik naukowy UJ, ornitolog i badaczka motyli modraszków, prowadząca m.in. „motylowe safari” po Krakowie. Dalej – Małgorzata i Tomasz Łaciak, herpetolodzy i pracownicy naukowi PAN, którzy o pełzającej drobnicy wiedzą prawie wszystko. Jest Olga Maj, leśnik i pracownik parków narodowych, która prowadzi z pasją sensoryczne warsztaty dla dzieci. Jest Olena Zapolska, architektka krajobrazu i aktywistka miejska, prowadząca zajęcia ogrodnicze i dendrologiczne. Jest z nami Elżbieta Roman, studentka wydziału ogrodniczego uniwersytetu rolniczego, która tworzy niezwykłe ilustracje do naszych publikacji i materiałów edukacyjnych. Jest też Anna Warzyńska, przewodniczka górska i koordynatorka naszych projektów edukacyjnych.

D.k.: Imponujący załoga. Jaka jest więc Wasza misja i skąd pomysł na „Dzieci w Naturę”? 

K.J.: Pomysł narodził się w 2017 roku po projekcie „Oswajamy przyrodę miasta i okolic” realizowanym w Ruchu Ekologicznym św. Franciszka z Asyżu. Byłem jego pomysłodawcą i koordynatorem, a do wniosku o jego finansowanie wpisałem fragmenty moich badań naukowych. Udało się. Zrealizowaliśmy kilkanaście weekendowych spacerów dla rodzin po dzikich terenach i nieużytkach Krakowa, co spotkało się z dużym zainteresowaniem. Razem z dr Kajzer-Bonk wydaliśmy też spacerownik dla rodzin i dzieci po dzikiej przyrodzie Krakowa, który okazał się sukcesem i zebrał bardzo pozytywne recenzje. Zorganizowaliśmy też konferencję o potencjale miejskich nieużytków. W zespole edukatorów podjęliśmy więc decyzję, że założymy fundację, która będzie kontynuować te działania i zajmie się nowoczesną edukacją ekologiczną w przyrodzie miasta i okolic. Nasze projekty edukacyjne są odpowiedzią na kilka problemów.

Ochrona przyrody w XXI wieku rozstrzygnie się w miastach ze względu na gwałtowny ich rozwój i możliwości realizacji innowacyjnych projektów edukacji ekologicznej. To, co dzieje się w miastach, ma wpływ na to, co poza miastami.

Jeżeli uda nam się zachować cenne ekosystemy w miastach – te małe „Puszcze Białowieskie”, miejskie „Biebrze” –  łatwiej będzie przekonać o ochronie naprawdę dziewiczych obszarów. Ochrona przyrody, w tym w miastach, i edukacja terenowa dzieci to jedne z najważniejszych wyzwań współczesności. Przekonuje o tym 15 000 naukowców, w tym noblistów, ze 184 krajów, którzy napisali list-apel dla ludzkości: „Drugie Ostrzeżenie” (tłum. w jez. polskim: http://scientists.forestry.oregonstate.edu/sites/sw/files/Polish_Scientists_Warning.pdf)

 

Mikrowyprawom w naturę niestraszne (prawie) żadne warunki

 

D.k.: Czy Wasza fundacja ma być alternatywą, czy raczej dodatkiem dla klasycznego przedszkola? 

K.J.: Nasza fundacja ma przede wszystkim tworzyć nowoczesną – w dobrym tego słowa znaczeniu – ofertę edukacyjną dla mieszkańców miast. Edukacja ekologiczna może być formą alternatywnego, ciekawego spędzania czasu w przyrodzie, bez konieczności wyjeżdżania z miasta. Nie chodzi nam o suche przekazywanie wiedzy, lecz o emocjonalny kontakt z przyrodą dostosowany do potrzeb dzieci, ale też dorosłych; o ten balans, który ciągle wypracowujemy pomiędzy „gadanym” a „zabawowym” czy „zaplanowanym”, a „spontanicznym”. W końcu i tak sama przyroda konkretnego miejsca i zmieniające się pory roku tworzą scenariusze naszych spacerów.

Udział specjalistów i kadry naukowej w fundacji zapewnia za to odpowiedni poziom merytoryczny prowadzonych zajęć – tak, aby spełniały założenia programowe.

Ale chodzi nam o coś szerszego – zarażanie pasją bycia w przyrodzie i fascynacją nią, włączanie się w jej ochronę. Pokazanie, że przyroda może być codzienną przestrzenią naszej wspólnej obecności, towarzyszenia naszym dzieciom w rozwoju. Wystarczy znaleźć na nią czas w codziennym grafiku. Chcemy też, aby edukacja ekologiczna wyszła ze szkół w przyrodę, np. przez zakładanie centrów edukacji ekologicznej w przyrodzie miasta (a nie w Lasach Państwowych czy odległych parkach narodowych), projektowanych na obrzeżach terenów cennych przyrodniczo i nieużytkach. Edukacja ekologiczna to też zrównoważona inwestycja, także w udostępnienie i infrastrukturę edukacyjną konkretnych terenów. Nie chodzi o nadmiar nośników informacyjnych, tablic, ale kompleksowy pomysł na zagospodarowanie tych miejsc ograniczając negatywny wpływ człowieka na ekosystemy i objaśniając zachodzące w nich procesy. Takie funkcje pełnią kładki, pomosty, schrony obserwacyjne, ścieżki przyrodniczo-edukacyjne, centra dla zwiedzających, czy zielone sale lekcyjne, np. na bagnach. Już dziś zaczynamy się angażować w takie rozwiązania dla miast.

D.k.: Czy ze względów choćby technicznych czy administracyjnych posiadacie jakąś fizyczną siedzibę?

K.J.: Wyzwaniem dla nas jest nowa siedziba fundacji, która rzeczywiście odpowiada naszym potrzebom wraz z rozwojem. Ważne jest także zaplecze magazynowe. Docelowo chcielibyśmy współtworzyć nowoczesne centrum edukacji ekologicznej w nawiązaniu do tych, jakie z powodzeniem działają np. w Londynie.

Żeby chronić, trzeba się najpierw zafascynować.

D.k.: Opowiedz proszę, kim są najczęściej rodzice uczestniczący w Waszych spacerach? 

K.J.: Są bardzo różnorodni, więc trudno ich profilować. Są rodziny z edukacji domowej, które zamawiają takie spacery, ale także z przedszkoli Montessori i samorządowych. Są lokalni mieszkańcy, o czym świadczy sukces projektu „Stacja: Natura” w podkrakowskich Zielonkach. Są wreszcie ludzie, którzy przeprowadzili się do miasta i szukali takiej weekendowej oferty. Nie brakuje też pozytywnych „freaków”, zainteresowanych nieużytkami, alternatywnymi przyrodniczymi światami w miastach, „nie-miejscami” i „krajobrazo-lukami”, jak to pisał A. Bonnett w „Poza Mapą”.

D.k.: Przypuszczam, że nie musicie wyjaśniać zalet „leśnej szkoły” bardziej świadomym rodzicom, ale jak przekonalibyście sceptyków, że warto przejść się ze swoim dzieckiem na mikrowyprawę?

K.J.: Odpowiednia dawka natury jest niezbędna w prawidłowym rozwoju naszych dzieci. Szczególnie w okresie 0-6 lat, kiedy zachodzą podstawowe procesy w naszym mózgu.

Kontakt z naturą jest wtedy konieczny, jeżeli nasze dzieci mają być samodzielne, zdrowe, skoncentrowane, a nie rozproszone; by mogły rozwijać się odpowiednio i, co pokazują badania, być pewne siebie i łatwo adaptować się do nowych sytuacji. Czy aby nie takie cechy cenimy najbardziej w świecie dorosłych, poważnych ludzi…?

To dlaczego robimy coś zupełnie odwrotnego naszym dzieciom, m.in. zamykając je w czterech ścianach, dając nieograniczony dostęp do technologii, wobec której są bezradne? Ja sam jestem bezradny wobec Iphona czy Facebooka i spędzam z nimi zdecydowanie za dużo czasu. A co dopiero one, bez odpowiednich filtrów i mechanizmów obronnych. Ważny jest czas i nasza obecność, dlatego nasze Mikrowyprawy w Naturę są skierowane do rodziców z dziećmi, a nie samych dzieci. To w przyrodzie możemy budować i odbudować relacje, poznawać się, przełamywać ograniczenia, uczyć się być mentorem-współtowarzyszem, a nie nadopiekuńczym rodzicem.

D.k.: Przejdźmy do tego, co konkretnie oferujecie dzieciom. Jak wygląda Wasz przykładowy dzień?

K.J.: Mikrowyprawa trwa ok. 3-4 godzin. To spacer, podczas którego odkrywamy przyrodę i poznajemy żywe organizmy nie przez suchą wiedzę, a jej bezpośrednie doświadczanie. Dzieci same inicjują przystanki, podejmują wyzwania, oceniają ryzyko. Nasze wyprawy to małe ekspedycje naukowe. Wyciągamy i obserwujemy przez różne optyczne „wspomagacze” całą pełzającą drobnicę, albo organizujemy „motylowe safari” w środku dużego, europejskiego miasta. Co wtedy oglądamy? Np. rzadkie motyle, jak niektóre gatunki modraszków, które w Krakowie mają najliczniejszą zbadaną na świecie populację. W innych krajach zachowały się nielicznie lub zniknęły całkowicie. Dzieci dowiadują się o ich zupełnie niezwykłych powiązaniach z mrówkami. Te anegdoty przyrodnicze wciągają nie tylko dzieci, ale i dorosłych. Na naszych spacerach zamieniamy się też w leśnych detektywów i szukamy próchnojadów. Martwe drewno jest stałym punktem naszych wypraw. Często zatrzymujemy się w błocie. Dzieci obserwują też siebie nawzajem, jak reagują w konkretnych sytuacjach, kiedy są zmoczone i się pobrudzą. Na końcu nie obędzie się bez „jedzonego”, czyli eko-poczęstunku w każdych okolicznościach przyrody i pogody. Stał się znakiem rozpoznawczym naszych spacerów i okazją do rozmowy o nawykach żywieniowych naszych dzieci, ale też lokalnym rolnictwie i zdrowych produktach.

Detektywistyczną pasję odkrywają w sobie już najmłodsi – jeśli im się to umożliwi.

D.k.: Syndrom deficytu natury, zdefiniowany po raz pierwszy przez R. Leouva w książce „Ostatnie dziecko lasu”, nie jest już teorią. Dzieci znają więcej marek i celebrytów, niż rodzajów roślin na łące, są przebodźcowane i zdekoncentrowane. Jak zachowuje się typowe miejskie dziecko „wrzucone” w naturę i jak zmienia się w trakcie spacerów?

K.J.: Paradoksalnie, dzieci świetnie się odnajdują w przyrodzie, tylko zbyt rzadko tworzymy im do tego przestrzeń i okazję. Brakuje pewnej regularności spędzania czasu w naturze. Dzieje się tak, gdy rodzice dają swoim dzieciom ciągle nowe przedmioty, zamiast to, co dla nich najlepsze: swoją obecność. Kontakt z przyrodą wymaga wtedy odkrycia jej na nowo i jest wyzwaniem. Czasami też grupy dzieci są na początku przebodźcowane, co jest wyzwaniem głównie dla edukatora. Ale i w tym przypadku konieczna jest systematyczność takich zajęć. Doskonale widać na zajęciach z dziećmi, ile na co dzień spędzają czasu w przyrodzie i w jaki sposób. Czy mają przestrzeń do swobodnej zabawy, samodzielnego odkrywania natury, czy może kontakt ten jest ograniczony, np. poprzez „nie dotykaj”, „nie wchodź”, „uważaj”, „nie zbieraj”? Czy dzieciom ufamy, pozwalamy, by same nauczyły się oceniać ryzyko, czy raczej ulegamy lękom, które przede wszystkim są w nas, dorosłych?

W skrajnym wydaniu przedszkola zamieniają się w takie „soft regime”, gdzie pozbawia się dzieci przyrody, przygody, eksperymentowania, a dzieci, jak już wychodzą do lasu, to za rączkę, pod nadzorem, nieustannie strofowane.

Brak swobodnego kontaktu z naturą w systemie edukacji powoduje, że dzieci są niewybiegane, nie mają możliwości na pełną regenerację, koncentrację, ale też na poczucie pewności siebie, które daje przyroda. Gdybyśmy potrafili zobaczyć te zależności, rezultaty, jakie możliwości naszym dzieciom daje kontakt z przyrodą – to pod presją rodziców wprowadzilibyśmy „zielone godziny” do szkoły. A tak, przebodźcowane i niewybiegane dzieci, bez odpowiedniej, dziennej dawki tlenu, swoje problemy rozładowują w domu i często rodzice, równie zmęczeni i cierpiący na deficyt kontaktów z naturą, są bezradni. Wiem, bo sam jestem bezradny widząc, ile czasu na zewnątrz spędzają moje dzieci w szkole. Bo nie wiem, czy wiesz,  ale pogoda i błoto zabijają, i przez sześć miesięcy jesienno-zimowych wychodzić na dwór nie należy… Tak przynajmniej myśli część rodziców, zresztą nie tylko w przedszkolach samorządowych. Jeżeli chcemy dzisiaj nauczyć nasze dzieci niekonsumpcyjnego stylu życia, pełnego empatii dla ludzi, widzących coś więcej niż krawędź swojej wycieraczki, to przyroda jest naszym sprzymierzeńcem.

Mikrowyprawy to nauka samodzielności i oceny ryzyka.

D.k.: To czego mogą nauczyć się maluchy pod okiem fundacji „Dzieci w Naturę”?

K.J.: Po pierwsze, niekonsumpcyjnego stylu życia; tego, że można kolekcjonować wrażenia, obserwowane gatunki, doświadczenia, i że to może być równie ciekawe, co zbieranie kolejnych, najczęściej zakupionych przedmiotów, które dziś są na półce, jutro w koszu, a pojutrze znajdujemy je w organizmie morskich ryb. Po drugie, uważności. Patrzenia pod nogi, gdzie wszystko może być nagle przedmiotem fascynacji. Po trzecie, kreatywnej nudy. Czasami za bardzo chcemy zorganizować dzieciom czas wolny. Pozwólmy im się ponudzić, pobuntować, czasem nie róbmy nic. Wiele wyjść z moimi córkami zaczynało się małą awanturą.  Ale z czasem zaczęły się świetnie czuć i odnajdywać w naturze.
Po trzecie, autentyczności. Nasz stosunek do przyrody często jest zbyt sentymentalny, co nie sprzyja jej ochronie. Dlatego na naszych spacerach często zatrzymujemy się nawet nad padliną, pokazujemy skubalnie, gdzie drapieżniki „dosłownie” rozszarpują swoje ofiary. Dzieci są bardzo ciekawe, natomiast mina niektórych rodziców jest zupełnie bezcenna. Po co to? To zaprzeczenie „disnejlendyzacji” przyrody: nie dotykaj, nie zbieraj, nie męcz. To tak nie działa na etapie rozwoju dzieci od najmłodszych lat. Przyroda uczy nas o rzeczach najważniejszych, o życiu i śmierci, o ewolucji życia, tego, kim jesteśmy w tym świecie wzajemnych relacji. Do pewnych rzeczy dzieci same dochodzą przez obserwację i czułe, uważne, współtowarzyszenie dorosłych. Ciekawość i pomysłowość dzieci jest tu lekcją także dla nas dorosłych i edukatorów.

D.k.: Wydaje się, że fundacji czy szkół tego typu przybywa. Czy dostrzegasz w związku z tym jakieś niebezpieczeństwa? Jak rodzic może upewnić się, że nie trafił w miejsce bez pomysłu nastawione na szybki zarobek?

K.J.: Cenna jest różnorodność takich inicjatyw, ale też ich autentyzm, merytoryka, przygotowanie prowadzących i najtrudniejsze: „flow” z grupą. Najważniejszymi recenzentami są dzieci i rodzice. Z tego, co wiem, to uczestnicy naszych zajęć mają świetne rozeznanie i uczestniczą też w edukacyjnych inicjatywach innych organizacji. Ale zanim zaczniemy oceniać, dajmy im szansę. Bo edukacja to też ludzie, ich zdolności i ciągły rozwój. Bardzo ważny jest zespół i konkretni ludzie. Można mieć świetną wiedzę, ale brak umiejętności w dotarciu do szerszej grupy odbiorców, w tym dzieci. Można być typem showmana i zasłaniać sobą przyrodę. Osobiście bardzo sceptycznie reaguję, kiedy przy okazji takich zajęć niejako przemyca się jakieś ideologiczne, pseudoduchowe treści albo legitymizuje działania, które z ochroną przyrody mają niewiele wspólnego. Zagrożenie widzę też w formach edukacji opartych na bardzo użytkowym postrzeganiu przyrody w duchu „czyńcie sobie ziemię poddaną”. Z drugiej strony, nie przekonują mnie treści biocentryczne, odrywające człowieka od natury jako sprawcę jej wszelkiego, ekologicznego nieszczęścia. Ważny jest pozytywny komunikat i dawanie dzieciom nadziei. Choć sam mocno inspiruję się postacią św. Franciszka z Asyżu i encykliką Laudato si’, która ciągle mnie napędza do działania, to staram się, aby bardziej było to widoczne w efektach działań, niż słowach.

Przyroda i edukacja mogą być pomostem, który łączy nas w tak podzielonych czasach, chociaż wiem, że może to zabrzmieć idealistycznie.

Ale przyroda jest dla wszystkich, każdy z nas jej potrzebuje, choć różne mogą być motywacje do spędzania w niej czasu i ochrony. Tego się w „Dzieci w Naturę” trzymamy.

D.k.: Jaki jest największy komplement, jaki udało Wam się usłyszeć od dziecka lub rodzica po Waszych zajęciach?

K.J.: Wtedy, kiedy mamy feedback od rodziców; kiedy dzieci pytają o kolejne spacery z Panem „X”, czy Panią „Y”. Zapamiętałem też rozmowę z rodzicem, który mówił, że córka dosłownie nigdy nie chce opowiadać, co było w przedszkolu. Po naszym spacerze mówiła dużo. To nic, że głownie o pasikonikach-inwalidach, które dzieci łapały do pojemników z lupami. Jedne nie miały czułek, inne fragmentów odnóży, co jest dość częste w świecie tych owadów. To było dla niej ważne doświadczenie. Innym razem prowadziliśmy coś w rodzaju zielonych pół-kolonii w Tenczynku razem z Fundacją Kobieta w Regionie. Dzieci w wieku gimnazjalnym. Trudna grupa. Od początku „próbowali”, na ile mogą przesunąć nasze granice. Skoro tak, to puściliśmy ich od razu do bagna, na połowy – pomyśleliśmy. Niektórym zalało kalosze, inni się wywrócili. Chcieli od razu wracać. A my: „Nie, bo zajęcia trwają jeszcze cztery godziny”.  I okazało się, że wyszły świetnie! Szliśmy strumieniem w górę potoku przez gęsty las, byliśmy na torfowisku, oglądaliśmy miejsca rozrodu płazów. Jedno z dzieci na końcu powiedziało, że „to było nawet mega”. To największy komplement. Kilka razy jakieś dziecko same po spacerze zrobiło specjalnie dla mnie bukiet z kwiatów zebranych na nieużytkach. To dopiero było mega!

***

Tekst: Do korzeni

Zdjęcia: Małgorzata Łaciak, Anna Warzyńska

Kopiowanie i wykorzystywanie zdjęć i tekstu zabronione.

To też może Cię zainteresować:

1 komentarz

Zostaw odpowiedź